„Gdzie kończy się Człowiek…”

„Gdzie kończy się Człowiek…”

„Słusznym jest, aby nieszczęśliwy cierpiał. Jego ból i upokorzenia wynikają z praw natury, a dla realizacji celów natury potrzebne jest zarówno istnienie cierpiącego, jak też i tych, którzy przysparzając mu strapień sami cieszą się powodzeniami. Ta właśnie prawda powinna stłumić wyrzut sumienia w duszy tyrana czy złoczyńcy. Nie musi się powściągać, winien dopuszczać się śmiało wszystkich czynów, które rodzą się w jego imaginacji, gdyż to głos natury mu je podsuwa. Jeśli tajemne inspiracje natury wiodą nas do zła, to widocznie zło jest naturze niezbędne.”

Donatien Alphonse Francois de Sade

 

Są takie granice

po przekroczeniu których

nie ma już odwrotu

 

Zniesione zostaje prawo łaski

dla cieni w celach śmierci

wypatrujących swej jagnięciny

zasiadając z Chrystusem na ustach

do Ostatniej Wieczerzy

 

Są takie rzeczy

jak ten subtelny

ciepły blask

nieśmiało skryty

gdzieś w tęczówkach

których nie wolno nigdy skraść

 

Są takie nuty w sercu

których nigdy nie gra się publicznie

brukając ich intymność

 

I są też takie myśli

co ich nigdy nie wolno gwałcić

brutalnie wyrywając z głów

 

A jeśli już stanie się to wszystko – najgorsze

Co nigdy nie miało prawa się stać

w imię resztek Człowieczeństwa

w nas

 

A to co nietykalne zostanie

Dotknięte

 

To wtedy staje się noc

czarniejsza niż antracyt – noc zmysłów

wzbierająca falą

pierwotnej siły zniszczenia

 

I tylko skowyt skatowanej nadziei

przecina przenikliwie

tą najstraszliwszą noc

ze wszystkich nocy…

 

I wtedy wiedz

nie ma już miejsca na litość

I puszczają wszelkie hamulce

w Człowieku

 

I miłość pogrzebana głęboko

nie zwiastuje już więcej

przebaczenia

 

A on

w tej obskurnej kuchni

tępo mieszał herbatę

wyzuty z jakichkolwiek zasad

niedogolony

spuchnięty od morza wódki

wczoraj tu spożytej

 

I tylko stukanie łyżeczki

o wyszczerbiony brzeg kubka

odgradzało nas

przykutych

do brudnej ceraty na stole

 

Od siebie nawzajem

 

I ja

pierwszy raz w życiu

modliłam się wtedy

żarliwie

Modliłam się słowami:

„A ty nie gaś tej mdłej

ostatniej skry – póki jeszcze cokolwiek się tu tli…”

 

A on splunął

z bezzębnych dziąseł

brunatną od tytoniu śliną

wdeptując mnie zupełnie obojętnie

w brudną podłogę

po raz ostatni już bez wątpliwości…

 

Z brudu na sczerniałym

cierpieniem gumolicie

 

Ja odrodzę się nienasyconym wilkiem

co pożre ich młode

nim obrodzą

w puch zwyrodniałości

 

nim skończy się Człowiek…

 

By Anna Lilith Gajda © All Rights Reserved

Please follow and like us:

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *